wtorek, 29 grudnia 2020

Wychylenie nosa z norki

 Żukowa Mama czasem wystawia różki ze swojej norki.
Sprawdza teren
i gdy stwierdza na pewniaka, że nie ma bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia,
postanawia przytoczyć jakąś kulkę prowiantu...

Jeszcze tylko przegląd twarzowych maseczek.
Wybór pada na tą pasującą kolorystycznie do dzisiejszego berecika.
Wkurzające parowanie okularów zostało technicznie rozwiązane.

No to w drogę.
Trzeba uzupełnić spiżarnię,
oraz inspirujące napoje.
Inspiracja nie musi być musująca,
ale koniecznie,
koniecznie musi mieć dobrze powyżej 10 %
aby wystarczyło jej do ostatnich pociągnięć pędzla realizowanego w danym momencie obrazka.

W GBZ (Główna Baza Zaprowiantowania),
ŻM koncentruje się na nowym pomyśle twórczym
powstającym pod berecikiem.
Dosycha już bowiem drugi "piesowy" portret.
A pędzelki dalej łaskoczą wyobraźnię...

Portret Terry'ego właśnie dziś wybył do sąsiadki:

Terry w poduchach

A Roki schnie. Będzie prezentem dla Pańci na Nowy Rok.

Roki w trawie...




niedziela, 20 grudnia 2020

A u mnie nic się nie dzieje... (Z serii: "Niesamowite przypadki Żukowej Mamy")

 Jestem zdrowa, (jak to ja),
Nie mam kryzysu,
Bo nie mam czasu na...
Dopadają mnie natomiast nieoczekiwane i nieprzewidziane przypadki. W związku z tym, pisanie planu działania w kajecie na dni następne, mija się z celem. Przychodzi taki moment, który burzy całą konstrukcję planowania. 
Oto ostatni przykład: Pękło przestarzałe kolanko przy rurach wodnych znajdujących się w moim pieszczeniu gazowym. Spowodowało to zalanie sąsiadów w moim pionie. W ich kuchniach... Spółdzielnia próbowała ich zbyć do przyszłego roku, ale się nie dali. Trzy dni trwała walka telefoniczna. Przyszli przedwczoraj rano.
W międzyczasie dostałam nowy kran do łazienki (stary rozlatywał się od spodu, co powodowało irytujące kapanie). Kran postanowiłam zamontować sama. A co. Instaluję sama lampy, składam rower bez instrukcji, więc taki kran z ilustracjami w paczce to pikuś.

W kolejnym międzyczasie udało mi się zrobić większą część zakupów. Świąteczno - noworocznych. Myśląc w sklepie intensywnie o Jo, zakupiłam automatycznie "terobaki" oraz Martini Prosecco. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi.

Wróćmy jednak do kranu. 
Panowie wymienili w/w kolanko, (żeby tak ktoś mnie chciał wymienić kolanko, bioderko, prawą stopę i lewy nadgarstek, byłabym szczęśliwa jeszcze bardziej niż jestem), więc przymilnie poprosiłam o zakręcenie pod umywalką w łazience zaworka od ciepłej wody, bo się też zepsuł. Pan pogrzebał przyrządkiem, zaworek się rozleciał, ale stwierdził, że woda zakręcona.
Poszli. 

Wrzuciłam na patelnie garść tychrobaków i poszłam do łazienki odmontowywać stary kran.
Jedliście kiedyś skwarki z krewetek? Nie? Są całkiem , całkiem, tyle że pachną rybą...

Do łazienki. Odkręcam stary wężyk od ciepłej wody... 
Silny strumień tejże spycha mnie niemal na kabinę prysznica... 
Rzucam się na dziurkę w rurce...
Po kilku minutach leci z niej wrzątek...
Moje opuszki, które próbowały czymkolwiek ją zatkać, są poparzone...
Panika...
Śmierć przez utopienie w gorącej wodzie w oczach...
W końcu dorwałam śrubokręt, zawinęłam szmatką i zatkałam. Strumień wody (gorącej), był jednak tak silny, że musiałam dwiema rękami trzymać konstrukcję. Panika nmr.2...
Telefon w pokoju...
Ja przemoczona...
W łazience wody po sam próg...
Resztką sił przyciągam stopą, z której robię haczyk [;-)] pojemnik na śmieci...
Podstawiam pod śrubokręt...
Biegnę po telefon...
Dociskam, wylewam, dzwonię do Josa...
- >>Weź klucz od mojego mieszkania i przyjdź szybko, nie mogę ruszyć się z łazienki<<

Jos po raz kolejny uratował mi życie...
Przejął ode mnie wężyk, skutecznie zatykając gorącą dziurkę...
Wydał dyspozycje gdzie i co mam zakręcić...
Gdy woda przestała lecieć, stojąc w niej po kostki, rozpłakałam się...

Żeby nie było, że zmyślam, zrobiłam dokumentację uzupełniającą:



To było przedwczoraj. Wieczorem zrobiło się zimno i brakowało mi jakiejkolwiek wody, (pomimo obiecanek telefonicznych, nikt ze spółdzielni nie przyszedł do zaworka). Zamontowałam więc nowy kran, posprzątałam łazienkę zebrałam mokre dywaniki i ręczniki do prania. 
Włączyłam wodę całościowo. 
Włączyłam ogrzewanie.

Gdy wczoraj prała się druga tura, przyszedł sąsiad z dołu...
Plama w kuchni wyschła przez noc...
Natomiast po rurce w pomieszczeniu pralkowym cieknie sobie powolutku woda...
Ze śladami płynu do prania...
Przepraszam bardzo, ale u mnie suchutko :-)

Jutro sąsiedzi oddolni zaczynają akcję telefoniczną...
Mam tylko nadzieję, że człowieki ze spółdzielni będą kuć moje podłogi głęboko w przyszłym roku...










piątek, 11 grudnia 2020

Widok z mojego "Gródka". Fragment.

Mieszkanko na trzecim i ostatnim piętrze jest fajne. Nie tylko ma dach osobisty, ale i widok przedni. Nareszcie poczyniłam obrazek, który siedział w mojej głowie czas jakiś. 

WIDOCZEK Z MOJEGO GRÓDKA.


Powiedzmy sobie tak:

Faza dachów i mostów, na ten moment idzie do kątka. 

Za chwilę zacznie się realizować faza piesków i innych domowych przyjaciół.

Ale najpierw sprzątanie dogłębne. Zaczynam od willi Miro i Fridy, a później biorę się za szafę. Jako, że mam tylko jedną, a przez internet bardzo się fajnie zamawia, no to wiecie państwo...



"Ciptaszki" pozdrawiają :-))





piątek, 13 listopada 2020

JESIENNE ROZWAŻANIA ŻUKOWEJ MAMY NA TEMAT JEDNEJ RADOŚCI.

    Tak dawno nie było słów zbędnych. Tak wiele słów mądrych nie wypowiedziano. Głupich słów nie żal. Tylko tych szkoda, które radość przynoszą. 

A więc Moja Radość jest niewypowiedziana. Brakło na nią słów. Nie rozumiem jednak czemu ta Moja Radość chowa się po kątach. Jest jej przecież tyle, że mogłaby plątać się bezpiecznie i radośnie

po mieszkaniu,

po mojej ulicy,

po moim mieście,

kraju,

planecie...

A ona czasem udaje, że jej nie ma, szczególnie jesienią... Topi się wtedy we łzach, kieliszku wina, 

by wychylić nos zza bluszczu co zwie się Jaś Wędrowniczek

zza palmy Pameli

zza Józka Plamistego, co to na drugie ma Beniamin.

Czasem rozlewa się słoneczną plamą na podłodze, udając że właśnie wróciła z plaży. I śmieje się ze mnie, 

że znowu "zrobiła mnie w konia", 

zagrała na nosie,

pokazała język.

Udaje, że nie jest zainteresowana by śmieszyć i radować. Ale puszcza oko i mami ciepłym uśmiechem. Bo moja Radość to kokietka. 

Ale najbardziej mnie zadziwia fakt, że moja Radość przyjaźni się bardzo z moim Aniołem Stróżem... Wkurzające czasem. Bo wyobraźcie sobie:

- Radość, cała w falbankach i loczkach

- i ascetyczny Anioł Stróż

którzy plotkują sobie na bardzo ważne światowe tematy, zamiast zająć się mną. W końcu to ja jestem ich priorytet. Hej, hej, kokietka i pierwszy skrzydłowy, do mnie!!! Ale to już!

Pierwszy Skrzydłowy i wesoła Kokietka




Taki mały relaks przed następnymi, poważnymi zadaniami ;-) A PPR jutro odjeżdża... Mijn baby...



Dobranoc 🍀



środa, 4 listopada 2020

PPR projekt zakończony

 


Wspominałam kilka razy, (i od kilku miesięcy), że pracuję nad "panoramą prawie racławicką" czy raczej roermondzką. Czyli PPR. Obraz 110 x 130 razem z ramą, jest ukończony. Inspirowany przez, wiadomo: Pana Muza, znalazł "po drodze" nabywcę. Młody człowiek, emocjonalnie związany z Roermond czeka niecierpliwie kiedy PPR zawiśnie na jego ścianie.

 Przedstawiam "Kamienny most", jedno z bardziej popularnych miejsc w naszym mieście, w interpretacji malarskiej Żukowej Mamy.

Pan Muz zorganizował sesję fotograficzną PPR, by puścić w świat "niezwykłe wydarzenie kulturalne" z "pokoju nad światem". 









Po autorce obrazka pozostał czerwony berecik. I motyw z niewątpliwie zasłużonym relaksem z piwkiem.


A rozentuzjazmowany Pan Muz, pojechał do wiadomego sklepu i zakupił... zapasy na przyszły rok lub na dwa lata...(znając tempo tworzenia Żukowej Mamy)... 

Rodzi się nowa idea... przypuszczam, że niejedna... 





sobota, 24 października 2020

Gęstość, część druga.

 Gęsta stałość

Troszkę tylko zamglona

Otula mnie

Pozwala nie tylko ciepło pamiętać

Pozwala żyć

Tu i teraz

A może nawet później...


Już nie mami poszukiwanie drogi prostej

Taka przecież nie istnieje

Zawsze trafi się jakiś dół

Zakręt

A może nawet góra...


Żyję nie tylko powietrzem

Żyję również chlebem i wodą

Którą chętnie zamieniam na wino

A może nawet  na skrzydła...


Zeszło trochę, zanim dotarłam truchcikiem do części drugiej ;-)

Całkiem sympatyczny projekt zrealizował się w mieszkaniu Pana Muza, który zapragnął mieć tło do swoich zeberek w klatce. Na ścianie między oknami. Zeberki przybyły w małej klatce. Małe przecież to ptaszki. 



Sympatyczny starszy pan, który już nie "ogarnia" swojej "ptaszkowni", postanowił pożegnać się ze pupilami. No to i ja zdecydowałam się na skrzeczące ziółtodzioby. 



 Starszy Pan wraz z podziękowaniem za ptaszki, otrzymał szkic/rysunek. Taki szybki portrecik.


Następnie przyszły większe klatki, budowanie willi dla ptaszków i uczenie się ich zwyczajów. No i ściana/tło dla ptaszków Pana Muza "poszła pod nóż". Pod pędzel i kilka tubek farby ;-). Poniżej, nieskładna składanka z pracy twórczej, na ścianie, na stole i z asystą Pana Muza. 


Jak widać zdarzały się również przerwy na piwko...


Nie udało mi się zrobić zgrabnego zdjęcia willi zeberek. Te ptasie są za szybkie... Uwijają się błyskawicznie ze swoją ptasią działalnością. Efekty już są.



Jak już będzie dzień, to postaram się zrobić zdjęcia willi M & M, oraz M & F. I dorzucę gdzie trzeba i co trzeba.

Dodam jeszcze tylko, że pracuję nad wspomnianą w poprzednim wpisie PPR, zajmując się w przerwach innymi, niezwykle ważnymi sprawami.

A to willa na parterze dla M&M i z Panem Muzem.


A oto willa na trzecim piętrze dla M&F w przestrzeni "miejsca niejednej zbrodni".



No, wykonałam !!! ;-) 




poniedziałek, 12 października 2020

GĘSTOŚĆ, część pierwsza

Uśpiona

Wciąż szukam spokoju

Niby w letargu twórczym

Miotam się po życiu

Szukając choćby jednej drogi

A tu tyle poplątanych ścieżek

I wszystkie trzeba przedeptać

Sprawdzić

Czy istnieje ta prosta

Ta bez nieoczekiwanych zakrętów

Bez dziur i kamieni

Bez wystających z przeszłości korzeni


Taki optymizm poszukiwacza

Drogi prostej

Drogi cichej

Dyskretnie ukrytej.


Kiedyś na tablecia

Nie, nie jestem smutna jesiennie, tylko troszkę zmęczona...
Zaczęłam bowiem gromadzić  zajęcia "domowe", drobne, miłe, zdawałoby się do przeskoczenia bez wysiłku fizycznego i bez poplątania skromnych moich zwojów mózgowych.
Kiedy jednak przybył nowy, zamówiony rower w elementach i bez instrukcji składania, oraz (tego samego dnia) duża klatka dla moich ptasząt, (też do złożenia), troszkę mi się mieszkanie zwęziło... Nawet, ( o pierwszej w nocy), pomyślałam sobie, że schowam ambicje konstrukcyjne do kieszeni i poproszę (jutro, dzisiaj później), K. J. o pomoc. Klatka była pikuś. Tyle tylko, że Miro & Frida ją olewają i dalej obsrywają moją niedoszłą "panoramę prawie racławicką".
Przyszedł K. Jos. Z walizką właściwych narzędzi do roweru. Powymieniał złe śrubki na dobre, odwrócił to co było na odwyrtkę zamontowane i polecił podkręcanie samodzielne śrubek. Wykonałam. Kiedy jednak zobaczył zamontowaną przeze mnie lampkę przednią, stwierdził: "typisch vrouwelijk".
Naprawdę nie wiem czemu... trzyma się mocno, świeci, więc o co chodzi...

Taki powinien być efekt końcowy :-), no i jest :-)

A tutaj radość tworzenia :-)

Ale po kolei...
Bo pomysł "panoramy prawie racławickiej" powstał jakieś dwa miesiące temu. Oczywiście za sprawą K. Josa, który wynalazł ramę z "printem" na płycie 130 x 110. Sugestia rurmondzkiego motywu przyjęła się entuzjastycznie, aczkolwiek przyznam, że chyba przerosła trochę moje fizyczno-malarskie możliwości... Ale się maluje. Z doskoku. Musiałam jednak przemeblować moje "miejsce zbrodni", gdyż nie miałam odejścia... 

Fazy obrazeczka... A gdy już niebo było "zagospodarowane" to moje ptaszęta stwierdziły, że tam właśnie jest ich ulubiona zasiadówka. Znakomite miejsce do mienia wszystkiego na oku, do startowania, oglądania TV, zaczepiania wielkoludę, która daje jeść i wygłupia się przed żółtodziobami.

A to faza aktualna. Stwierdziłam, że Żółtodzioby bardzo dobrze komponują się kolorystycznie z obrazeczkiem i są świetnymi kumplami w tworzeniu. Szczególnie gdy chodzi o "dopieszczanie" nieba... Obesrałki jedne...

Mam nadzieję ukończyć wkrótce obrazeczek. Należy mu się. Pomiędzy fazami czynienia "panoramy prawie racławickiej", działo się co nie co. A co? Ujawnię w drugiej części.
C.d.n.





sobota, 29 sierpnia 2020

Prowokacja na rekina

 Tu nastąpi ilustracja do króciutkiej opowieści powstałej na bazie "dyskusji", w komentarzach poprzedniego wpisu. A chodzi o opiekę nad zwierzakami, głównie o wyprowadzanie tychże na spacer. ----------------------------------------------Dedykuję ten wpis Bet, od której zaczął się motyw rybek w akwarium oraz Tetrykowi Jo, którzy temat rybek rozwinęli do wielkości rekina. Krykloczek powstał naturalnie przy ścisłej współpracy z moją wyobraźnią...



Opis krykloczka: Dasia zrezygnowała z dyszla przyczepionego do akwarium z Karolem. Rekinem zresztą. Wychodząc z założenia, że skoro powinna brać ze sobą ,(na wszelki wypadek), trenera rekinowego, to nie starczy jej sił na wyprowadzanie. Przesiadła się więc na rower własnej konstrukcji i z napędem elektrycznym na wszystko, (trenera, Karola w akwarium na kółkach gąsienicznych i samą siebie...). Jeszcze tylko należy skonstruować i zamontować windę zewnętrzną z dasiowego dachu, i gotowe! Można wyprowadzić ukochane stworzonko na spacer.  Po drodze spotykamy się naturalnie z wielkim respektem. A w lokalnych wiadomościach znajduje się miejsce na mały reportażyk o niezwykłym wydarzeniu... Pobliski sklep rybny spontanicznie dostarcza świeże posiłki dla Karola. A okoliczne dzieci bawią się z nim w swoich basenach i śpiewają o nim piosenki.

Karol, Karol ładne ma oczy

a za jego uśmiech nikt mu nie podskoczy

czule się przytuli i płetwą poplaska

lecz nie wiemy dlaczego słodko później mlaska...


Oraz inne ballady romantyczne... I tym optymistycznym akcentem, biorę się za coś poważnego ;-)

 

 

 

wtorek, 25 sierpnia 2020

Niecodzienna codzienność Żukowej Mamy - PIESOWE PRZYGODY.

 Jak niektórzy z tutejszych czytaczy wiedzą, Żukowa Mama zrobiła ostatnio karierę zastępczej mamy dla potrzebujących piesków. Od razu rzucona na głęboką wodę, podjęła się opieki nad labradorem o imieniu Roki. 

Roki gościł u mnie dwa tygodnie. Najłagodniejszy na świecie czarny nufnol trafił do mnie w dobie największej swojej chuci i wysypie okolicznych, seksownych suczek. Niestety, te okoliczne, maleńkie piękności reagowały na Rokiego jazgotem paniki... Przez dwa dni przychodziliśmy do domu zziajani. Niezaspokojony Roki próbował gwałcić dostępne mu poduszki, a ja zaczęłam wątpić w swoje fizyczne możliwości opieki nad dużym i silnym piesem. 

Kiedy minęła fala seksu, okazało się, że Roki jest niezwykle grzecznym i przyjaznym psim towarzyszem. Poza dwiema sytuacjami. 


1. Obecność wody (koniecznie błotnej, zielonej i z kaczkami),

2. Obecność jakiejkolwiek piłki w zasięgu wzroku Rokiego...

W pierwszym wypadku udało się nam NIE wykąpać, tylko dlatego że na ścieżce koło stawu pojawiła się młoda blondynka labradorka, z przystojnym opiekunem na smyczy... 

W wypadku piłki... należy puścić wiązadło. Albowiem inaczej osoba na drugim końcu smyczy wraca do domu z obdartą skórą przednią i bez butów... Wizja na krykloczku to sugestia Gordyjki w rozmowie prywatnej... Żukowa Mama ma jednak niewiele wspólnego z balonikiem. No OK. Wizualnie tak, ale wagowo na pewno nie. Ale wyobraźnia działa...

To kilka zdjęć Rokiego "w naturze":



Jeszcze w domu... jeszcze nie wie co go czeka... ;-)


Koniecznie chciał na MOJEJ CZĘŚCI kanapy polegiwać...

Jeszcze spróbował wykopać mnie sprzed telewizora... - "no przecież widzisz jak mi tu niewygodnie"... A trzecie podejście do szkicu nie wyszło... Węgielek został  pożarty....

"No, nareszcie na właściwym miejscu... można wyspać się jak człowiek... i nawet pobiegać przez sen".

Jeszcze kilka fotek z terenu przydomowego. 

1. Czułe przywitanie z jednym z sąsiadów. 

2. i 3. Przystanek u Josa. 

4. Ha, mamcia wróciła! Grzecznie krzyżykiem do domu :-).

Roki, Pimpuś, Nufnol odjechał do swojego domu. Ledwo się odsprzątałam, sąsiadka poprosiła mnie o opiekę nad jej staruszkiem, który wabi się Terri. Mam więc następnego nufnola, we wtorki i czwartki po kilka godzin. Terri jest jakąś 1/5 ciężkości Rokiego i większość czasu spędza na spaniu...

Alzo, geen probleem.


Jak widać Terii komponuje się świetnie kolorystycznie z moją podłogą ;-)

Spoko. Następnym razem wezmę pod piekę coś jeszcze mniejszego... (Może jakąś rybkę?).














poniedziałek, 20 lipca 2020

Co robię gdy nie maluję i nie bloguję... (czyli niecodzienna codzienność Żukowej Mamy)


Kiedy nazbierało się zadań urzędowych i papierów do wydrukowania i do skopiowania, padła moja około dziesięcioletnia drukarka, p.t. Brother...
A zadania poważne. Bowiem:

1. Robię za tłumacza i księgowego sąsiadce Polce, która ani be, ani me...

2. Przygotowuję się do tutejszej emerytury, a więc należy skopiować i wydrukować wiele, wiele dokumentów.

Zamówiłam więc nową śliczną drukarkę wielofunkcyjną i w dodatku z WIFI.  
Przyszła z przeszło tygodniowym opóźnieniem. Instalacja drukarki trwała "zaledwie" 3 godziny... Trwałoby pewno pół, gdybym od razu zauważyła, że w tabeli do drukowania jest wpisana stara drukarka...
No bo tak to bywa z Żukową Mamą... Jednego dnia jest genialna a innego... genialna inaczej...
Ale w końcu zabrałam się ostro do roboty. Na pierwszy rzut poszła oczywiście koleżanka co to ani be ani me. Żeby mnie już nie nachodziła i nie nadzwaniała...

Ad. 1:

Dasia i Reginka czerwonousta

Gdy sąsiadka sobie poszła, wysłała gdzie należy, zabrałam się za robotę moją.

Ad. 2:

Dasia w ciszy i tylko ze sobą...

Dasia układająca papiery na miejsce, a nawet lepiej niż były...

To nie wszystko co zajmowało mi czas. Moja Psiółka Dora, nabawiwszy się problemów, tu na emigracji, potrzebuje wsparcia, wysłuchania czy innej pomocy o charakterze bardziej mentalnym niż wykonawczym. Więc jestem.

----------------------------------------

I  tu zaczyna się druga część dzisiejszej opowieści. Ta relacja jest jednak krew w żyłach mrożąca i czytelników wrażliwych, oraz o słabym sercu uprasza się o opuszczenie lokalu.
A było tak:

Wyjaśnienie obrazka:
Dora ma psa labradora w czarnym kolorze o imieniu Roki. Roki jest kochanym nufnolem, który uwielbia dobrych ludzi, koty, małe pieski i.t.d. Jego łagodność i absolutny brak agresji zupełnie nie idzie w parze z wyglądem. 
Dora jedzie na wakacje pod koniec miesiąca. Zgodziłam się przygarnąć nufnola na dwa tygodnie. W minioną sobotę, po raz kolejny byłam u nich, by "nauczyć się" wyprowadzać na spacer dużego psa... W pobliskim lasku nastąpiła niepożądana konfrontacja. Gdzieś zza krzaków, niespodziewanie i nagle wybiegł spory pies, rasy wyżeł (czy coś) i bez ostrzeżenia napadł na Rokiego. Wpiął mu się w podgardle i za cholerę nie można go było wypiąć... Tarzaliśmy się w czwórkę po igliwiu na leśnej ścieżce, walcząc na śmierć i życie... aż w końcu właścicielka mordercy zawołała go... Dobre 5 min stała ona oraz jeszcze jeden facet i patrzyli spokojnie. W takich wypadkach nie lubię  "niderlanczyków"...
Po powrocie do domu nastąpiła obdukcja ciał. Roki, na szczęście, ma w dwóch miejscach wyżarte futro, z jedną maleńką ranką na karku. Dora była tylko wytarzana w piachu z igliwiem, a ja oprócz tego co Dora, mam lekko chapsnięty palec, którym najlepiej dłubie się w nosie. I to nie wiem przez kogo. Wszyscy troje byliśmy w szoku.  
No i co. No i chcę do domu. Patrzę a mój rower ma flak tylni. Pompowanie nie pomogło... Telefon do Kapitana Josa. Natychmiastowa reakcja pozytywna. I nie dość, że zabrał z rowerem, to jeszcze zahaczyliśmy o lody... A dziś rower już
 naprawiony. Ja to mam jednak szczęście :-)...

"Po przejściach" najlepsze są lody...

Nufnol kochany Roki



JEST TAKI KTOŚ.....

 ..... kto bardzo dba o to, żebym nie popadła w rutynę pandemiczną, czy innego doła przed/wśród/czy poświątecznego... Dopasowuje on moje fiz...