poniedziałek, 19 marca 2018

Wiosenne porządki ...

A zaczęło się niechcący... To znaczy bez planu uprzedniego i zamysłu perfidnego. 


Mama Żuka zwlokła się minionej niedzieli z łóżka, gdzieś około południa. Kątem oka zobaczyła, że dwutygodniowe barłoczenie obolałego ciałka w tymże (łóżku), daje obraz wołający o wielkie pranie. Normalnie nie byłoby problemu. Jednak z bolącym krzyżem i opuchniętymi rączkami... Włos Mamy Żuka zjeżył się na myśl o bólu... Lecz decyzja zapadła. M. Ż. zaciskając zęby, zabrała się za "rozbiór" łóżka. Pranie w pralce. "Ubiór" trwał na raty... do wieczora. Uff. Dwie godziny później M. Ż. wyciąga pranie i... no, kurcze blade! Chusteczka ligninowa się wyprała! O w mordę... wszystko w małych drobinkach, poprzyklejanych do materiału... i sypie się i kruszy się. 
Pranie powieszone. Wielka poszwa, nie mieszcząca się na wieszaku w "hoku", powędrowała do sypialni na stolik przy kaloryferze. Krusząc się po drodze, pomimo szczepnięcia. 

Krzyż Mamy Żuka stwierdził, że należy zalegnąć gdzieś w pozycji horyzontalnej. A jutro się zobaczy...
Jutro, czyli dziś, zobaczyło się "zaśnieżoną" podłogę w całym domu. Noż, kurna, to była przecież tylko mała chusteczka jednorazowego użytku (!). A może jednak więcej ich było?... 
- myśli Mama Żuka przypominając sobie proces zalegiwania oraz walki z różnymi bakteriami zatokowymi i.t.p.
Krzyż M. Ż. powiedział, że może ona ewentualnie spróbować z odkurzaczem. W konsekwencji postanowiono, że czas na wiosnę jest. Należy przyjąć ją godnie!

Kątki zaczęły wyglądać i oddychać. Uschnięta Matylda za biurkiem została wessana rurą. Nie przetrwała bezmuszego okresu... Sorry Matylda, nie słychać było jak wołasz, jeść...

Usychająca Matylda...
Mama Żuka z odkurzaczem
Opis powyższego"zdjęcia":
A-  odrastające włosy (mają już na czubku 8 cm!), bo jeszcze pół roku temu M. Ż. wyglądała tak: ↓ 
"Zdjęcie" z Dziennika.
B- opuchnięte rączki,
C- bolący kręgosłup w części lędźwiowej.


  Walka wygrana. A na końcu łazienka! I porządny masaż kręgosłupa ciepłym strumieniem wody. Jest dobrze. Mama Żuka już wie, już czuje, (tak na 75,5 %), że gotowa jest na przyjęcie Wiosny i wszystkiego, co z nią związane. 
Halllooo! 🙋



sobota, 24 lutego 2018

Zawieszenie

Zawieszam się do wiosny
A może i dłużej jeszcze
Pentelką splinu sięgam haczyk w kącie ciepłym
22 stopnie ciepła wystarczy
Tam wyhoduję sobie nowe przestrzenie.


czwartek, 22 lutego 2018

Nie lubię lutego...

 Powtórki lutowe. 

Pomimo paru radosnych wydarzeń w pierwszej połowie lutego - nie przepadam za tym miesiącem. I to nie dlatego, że zimno, że "podkuj buty" i.t.p.... Zabawowe wydarzenia, spacery, próby, (często udane), powstania z pościeli i rozpoczęcia dnia tuż przed południem - organizuję sobie świadomie. Ograniczam kontakty z ludźmi, którzy działają na mnie destruktywnie. Wystarczą mi w tej mierze kontakty z Urzędem Podatkowym i instytucją, która pomaga mi wypłynąć na powierzchnię po krachu, nie tylko finansowym w jaki wpakował mnie mój ex - szantarzysta psychiczny.
I to właśnie jest luty dla mnie: wracają wspomnienia wydarzeń, które chciałabym wygumować... Ale nie tylko. Zostawiam "ku pamięci" inne wspomnienia, które pielęgnować będę zawsze.

15 lat temu zmarł mój Najpierwszy, ojciec Żuczków. W lutym.
Byliśmy razem przeszło 20 lat.

Rysiu rozświetlony




Chciałeś świat usłać u stóp moich
Miałeś intencje, lecz było za gęsto
Tęsknię do spokojnych słów 
Twoich
"Jakoś to będzie" - mówiłeś często.





Trzy lata temu, w lutym, odeszła od nas nasza Mama, zwana w rodzinie Bunią. Odeszła od nas w nieświadomości, po wielomiesięcznej walce z demencją i bólem.

Bunia



Bunia odwiedza moje sny
Ostatnio w srebrnej aureoli była
Uśmiechała się trochę przez łzy
W pastelowym tle się rozmyła.










I ten epizod, który chciałabym usunąć z mego życia a się nie da..
Walka z D.P. pomiędzy wyjazdami do Polski, do Buni. Jego terror i moje błędy popełnione "dla świętego spokoju"... Rozwód tuż przed pogrzebem Buni. W lutym. 
A rok później, w lutym, wiadomość o śmierci D.P. 
Taki tam kryminał...
Tu wierszyka nie będzie.... tylko gumowanie...


Tu jeszcze w kolorze...
Jeszcze trochę i zniknie...

sobota, 17 lutego 2018

Obiadek z młotkiem w "Jaskini hazardu"

Sobota 21-01-2018

Telefon od Siostry: mogłabyś przyjść wcześniej? mam obiadek. Ok. Myślę sobie. Żarełko trafiło się przed karcianą wypitką. Wieszam pranie, ubieram się i biegnę. Przed windą u mojej Big Zus spotykam Koleżankę Dorotkę, (która nie jest malusia). Załapała się na żarełko. Żarełko było skromne ale wystarczające pod likierek, z którym Dorotka przyszła. Pieczone ziemniaczki oraz jaja sadzone w szpinaku. Zapite kefirkiem. Pycha, ale wygląd mało imponujący.

Karty rozdane.
Szczęście mi dziś nie dopisuje. Kto, kurcze, bardzo blade mnie tak kocha? Nie widzę nikogo w okolicy. No cóż. Może jakiś tajny wielbiciel. Przegrywam przeszło 4 euro!
Ale zabawa jest przednia. Zaczęło się od obiadku. Patelnia ze szpinakiem i jajami nie chciała się otworzyć. Pokrywę zassało i już. Próby pociągnięcia lub delikatnego podważenia bez skuteczne. A my chcemy jajo w szpinaku! Bez uszkodzenia patelni... I tu Dagmarka, (jak zwykle?), obadała dojście do jaja. Zażyczyła sobie młotka. Stuknąwszy dwa razy od spodu, uwolniłam patelnię od pokrywy. 
Nastąpiła konsumpcja.

Jajo w szpinaku z kartofelkami, zrzucone bezwładnie na talerz w celu natychmiastowej konsumpcji.

Nastąpiła gra.

No niby świeczka była (ściągająca dym z papierochów), ale i tak czuję się po powrocie jak popielniczka zalana likierkiem... (niepaląca jestem).

I teksty, które spotkanie nasze stawiają na odpowiedniej półce:
- Czy mam sine usta? ( pyta Renia, która ma coraz częściej problemy z oddychaniem, lecz pali jak smok), - kontroluję kolor ust siostry. Są OK, w normie różowej.
- Ja się w ogóle nie podniecam... Tak mi się przypadkiem zrzucił ten spodek...
-  Czego szukasz, kurcze blade, pod stołem?
- A nic... tak mi znowu ten as z rękawa się wysnuł... 
- Nieee no, idź wymyj ręce! Tego nie da się do kołnierzyka przymierzyć!
- Czego się chichasz? 
- Bo mi się chichek z czkawką zamienił  i ... joka dostałam z kupki. 
- Ty se tego joka wsadź do dupki... 
- OK, OK, ... liczyć!

Były również przyśpiewki i przyrymki związane ściśle z sytuacją, (jak zwykle), spojrzenia wilkiem bądź przymilne mryganie brwiami, gesty i słowa, które nadają smaczek spotkań przy stole zaścielonym zakąskami, zapitkami, kartami i świeczką...

Kolejną wizytę w "jaskini hazardu" uważam za udaną. Idę wietrzyć ciuchy na tarasie...

poniedziałek, 12 lutego 2018

Karnawał 2018 w mojej dzielnicy

Moja babcia-sąsiadka z niebieską muchą i kieliszkiem czerwonego wina.

Piątek 9-2-2018

Byłam na imprezce karnawałowej. 
Jak już pewno wspominałam, w moim bloku 50+ jest na parterze duże pomieszczenie, (ontmoetingsruimte), gdzie moje babcie i nieliczni dziadkowie spotykają się na kartach, grają w bingo i robią sobie różne imprezki. Impreza karnawałowa, to na pewno jedna z większych atrakcji tutaj. Zgłosiłam się. Był to bal przebierańców. Różne koguty bowiem chadzają w tym czasie swobodnie po ulicach, a nawet jeżdżą na rowerze i maja trąbkę...

Impreza rozpoczęła się od prezentacji i przywitania gości, czyli Princów z dzielnicy Maasniel. Prins najmłodszy (10-13 lat?), Prins pełnolatek i Prins główny. Każdy ze swoim dworem przybocznym. Odwiedzili nasz przybytek, przywitali się z każdą babcią i dziadkiem osobiście, (cóż... muszę zaakceptować, że należę do tej ostatniej grupy wiekowej), a najmłodszy odśpiewał ze swymi przybocznymi piosenkę... Dostali po pączku... i poszli dalej...
Zabawa (z wodzirejem) się rozpoczęła. Babcie ruszyły w tan.

"Polonezem" do drzwi.

Wodzirej i Prins średni śpiewają do siebie :-)

Princowie dorośli.
Prins nieletni ze swym dworem  śpiewa i fika.

Dwór małolatów przygotowuje się...
Rodzice małolatów czekają, babcie śpiewają.
Dziadek w pożyczonej peruce.

Ekipa "vrijwilligers" w naszej "kantynie".
Na zdjęciach nie ma mnie ponieważ ja je robiłam telefonem. Za jakość tychże serdecznie przepraszam estetyków fotografii. Zamieszczam więc własną dokumentację siebie:

                                                                       
Czarująca wróżka wróży
 A tak było w kolorze:

"Powieszona" w kuchni...
I wieczór był czarujący.... ;-)


Niedziela, 11-2-2018

Poszłam do sklepu (u nas otwarte), bo brakło mi mleka. Ubrałam się normalnie, wychodząc z założenia, że jak ja miałam karnawał, to jest już po... Nie, tu łażą koguty do środy. W środę śledzik. Też idę na śledzia z babciami. 
Aż głupio się czułam ubrana w codzienność...

Na mojej drodze traktor z przyczepą pełną "kogutów" i kranikiem piwnym.

W sklepie...

Na ulicy graja, śpiewają i piją...
Ten "Szkot", nie dość, ze ma gołe nogi, to problemy z napiciem się z powodu maski...

Gdy już byłam prawie za terytorium knajpianym - zaszedł mi drogę perkusista, którego toczyła perkusja...

Główny "feest" z muzyką zostawiłam za sobą.

A w domu szklanka mleka...


sobota, 27 stycznia 2018

Moje katowickie spotkania


Nigdy wcześniej nie myślałam, że pokocham Katowice. Owszem były przeze mnie polubione, (szczególnie latem, gdy miałam wakacje i nie musiałam brnąć w śniegu po pas przez pole, przez las na małą stacyjkę w całkiem małym, podsosnowieckim Zaścianku - by dojechać na czas do Plastyka w Katowicach). I później polubiłam, gdy dojeżdżając do pracy z innego Zaścianka autobusem, znajomy po jakimś czasie kierowca, czekał aż pokonam wszystkie ślizgawki na drodze szybkiego ruchu i dopadnę drzwi przednich. Zawsze odgrażał się, że ostatni raz na mnie czeka...

W Katowicach mieszka Żuk Młodszy ze swoim Adzikiem. W pięknym, 100 m2 mieszkaniu w secesyjnej kamienicy. Na trzecim  i 1/2 piętrze. Bez windy. Ale to pryszcz, (przecież w Zakopanem swój pierwszy oddech poczyniłam). 
Wybrałam się do Młodszych Młodych, bo już mi tęskno było, no i zjechali z Anglii Starsi Młodzi w celach medyczno-konsultacyjnych. Zapragnęłam być przy nich w nadziei, że obecność Mamy Żuka (Jednego i Drugiego), będzie dobrze odebrana. Nie żałuję. Udało mi się nawet coś ugotować, udało się stare byczyska przytulić, o "pogaduchach za wszystkie czasy" nie wspomnę.

Mój "Dziennik wakacyjny i nie tylko" dostał też konkretnej pożywki.

Tłumaczenie hieroglifów: "Retrospekcje z ostatniego wieczoru z J. i J. Moje synowe doktorantki (doktorki ;-)) dyskutują, Żuk J. przytakuje, a ja nie wiem o co chodzi... Czyli zawinięta w śpiwór upajam się obecnością... na ławie dyskusji i kontemplacji. Na serio z tą ławą.
Kiedy Starsi Młodzi wrócili do Anglii, Żuk Młodszy był w kolejnej podróży zawodowej po Europie, a Adzik bywała na uczelni, przygotowywała się do zajęć, lub sprawdzała prace zaliczeniowe swoich studentów - musiałam zająć się sobą sama... (bilet na samolot do domu miałam na 25-tego). No i właśnie po to są Katowice :-). Trafiłam na fajny repertuar w kinie Rialto. Byłam na "Wieczorze z Vincentem" czyli spotkaniu z autorami filmu "Loving Vincent", (Dorota Kobiela kończyła to samo stare Liceum Plastyczne w Katowicach co ja, tyle że dużo później). Po tym spotkaniu zapragnęłam zobaczyć raz jeszcze ten Genialny Film. Przeżyłam ten spektakl chyba jeszcze mocniej niż w Holandii... Byłam również na transmisji spektaklu baletowego "Romeo i Julia" z moskiewskiego Teatru Bolszoj, (a com się naoglądała chłopców w obcisłych rajtuzkach - to moje).
Jak dla mnie, która nie udziela się zbyt poza domem i niechętnie wychodzi ze swego światka - był to piękny czas odchamienia się.



Ale zanim to wszystko przeżyłam, byłam kilka godzin w Sosnowcu na spotkaniu z Moją Małgosią, przyjaciółką od czasu podstawówki.


Siedziałyśmy (jak zwykle) w naszej ulubionej ciastkarni i nie mogłyśmy się nagadać (jak zwykle). Pomimo, że spotykamy się na Skype czasem. Ale w całkowitym realu, to jest to... ta herbatka... ten serniczek... i Ta Gosia, która mogę dotknąć.





Nic nie będę tłumaczyć. Tylko dodam, że ja miałam żółty berecik, a Gosia zielony...

I jeszcze kilka zdjęć z Katowic



Małe lodowisko z muzyką na środku rynku...

Teatr im. Stanisława Wyspiańskiego z choinką

"Parciana" Szopka i rogacizna ciągnąca prezenty

Pociąguś




To z samego "serca" Katowic. Ale proszę mi wierzyć, dalej i głębień jest też pięknie.


Ale najważniejsze jest to, że czuję się tam bezpiecznie. I w dzień (nie ma band cyganek i żebraków jak jeszcze kilka lat temu), w nocy bez strachu wracałam sama z kina czy z teatru do domu. Wszędzie światła i muzyka. Grupki roześmianej młodzieży, rodzin z łyżwami na ramieniu idą na małe lodowisko na rynku. To miasto żyje. Zapomniałam na dwa tygodnie o tym jak to "paskudnie się dzieje"...
Widziałam przecież zadowolonych ludzi. I mam nadzieję, że tak jest nie tylko w Katowicach.... ;-)

POWRÓT ŻUKOWEJ MAMY

  Trochę zatęskniłam za pisaniem... (no i pogoniła mnie też Jo). Miałam jednak dylemat, czy zacząć całkiem na nowo, czy wrócić do Żukowej Ma...