niedziela, 10 grudnia 2017

Bałwanek


Opis bałwanka:
Bałwanek uśmiecha się fasolką,
marchewkę ma w miejscu nosa (jak na przyzwoitego bałwana przystało),
patrzy oliwkami,
na głowie ma doniczkę a w rękach trzyma inny sprzęt ogrodowy.
Bałwanek jest chłopczykiem.

To ja Wam opowiem co mi odbiło z tym bałwankiem...
Wczoraj przeżyłam katastrofę mentalno-emocjonalno-twórczą, na... moja miarę... Postanowiłam bowiem zrealizować pomysł na "obraz życia", który noszę już czas jakiś w sobie. Jakieś 95 x 120. Piękna zdobyczna rama, w której obraz miał się znaleźć, ma nietypowe wewnętrzne wymiary. Uzyskanie do niej blejtramu  profesjonalnego było dla mnie nieosiągalne. Postanowiłam więc przyciąć jedyną płytę pilśniową (chyba), jaką posiadam, a którą wcześniej solidnie zagruntowałam. Nieprofesjonalnie, bo sprzęt do cięcia też mało profesjonalny. I wyszło całkiem nieprofesjonalnie... Machnęłam się o 5 cm... Po przymiarce z negatywnym efektem i opadnięciu rąk do stóp - schowałam farby i projekt obrazu i poszłam spać... 
Wstaję dziś rano a tu za oknem tak:




Kiedy jeszcze tydzień temu było tak:


Sami więc rozumienie, że MUSIAŁAM wykorzystać chwilę...

Melduję również, że zmieniłam w mojej lampie-durszlaku żarówkę na zwykłą, co zaowocowało pożądanym efektem wieczorową porą :-).



czwartek, 7 grudnia 2017

Potyczki Depresji z Mamą Żuka

Mama Żuka tylko na chwilę otwarła znane z przeszłości drzwi. 
A Ona, taka smutna
wślizgnęła się
wpełzła 
i rozpanoszyła jak na swoich włościach. Na dobrze znanym terenie. No i w samym środku przestrzeni Mamy Żuka (jednego i drugiego), powstał ring. Każdego dnia, a czasem i nocy, odbywa się walka
na śmiech
na łzy
na śmierć
na życie.
Czasem mocują się jak przedszkolaki, bardziej dla zabawy niż z chęci dominacji. Taka kokieteria. Mama Żuka (jednego i drugiego), i Depresja. Czasem Mama Żuka leży na deskach, a zadane ciosy powodują 
ból ciała
umysłu
duszy.
Trwa odliczanie. I nagle w rogu ringu pojawia się (jak dobry coach)
myśl
idea
i woła: - To nic, że boli! Jest tyle do zrobienia! A ty leżysz na deskach! Walcz!
Teraz leży Depresja
powalona 
przygnieciona 
nową kreatywną myślą Mamy Żuka (jednego i drugiego).
Trwa odliczanie.
Mama Żuka nigdy się nie nudzi...

Jako, że walka trwa, dziś obrazek z przed trzech lat. Malowany w stanie samotnego upojenia alkoholowego 31- 12- 2014.


Autoportret depresyjny
Już, już niedługo następna szafa, lampa, obraz... 

niedziela, 5 listopada 2017

"Durszlak" u sufitu ;-)

No i znowu mnie wzięło... Właściwie pierwsza idea jaka zagnieździła się w mojej głowie to był czajnik miedziany udający lampę w kuchni. Ale taki czajnik, nawet na pchlim targu, przekraczał moje finansowe możliwości. Tym bardziej, że należało element "zepsuć", by przystosować do nowej funkcji. 
A że zmiana lampianej aranżacji nie pozwalała spać, (wzięło się od sypialni, gdzie lampa absolutnie przestała mi pasować do całości), to musiałam, no musiałam coś... I znalazłam cedzak, odcedzacz, durszlak... 
Jest żeliwny, emaliowany w odpowiednim kolorze (pomarańczowy...) i odpowiednio stary :-).

W towarzystwie innych kuchennych atrybutów

Widok od strony dzwonków i bluszcza-żarłacza

Teraz jeszcze tylko tę "starą" lampę z kuchni zainstalować w sypialni i mogę spokojnie spać. Jakiś czas... aż znowu coś głupiego wymyślę.... ;-)

środa, 25 października 2017

Szybka impresja na temat synów

Żuczki maleńkie....
Obrazek powiesiłam sobie w przedpokoju, koło drzwi sypialni. Wychodzę rano na moje włości, mówię:
 -Dzień dobry chłopaki!
 I nastawiam kawusię. 

-"To były takie małe Żuczki"
- myśli sobie Mama Żuka Jednego i Drugiego.
-"Zawsze będą. Żuk I-wszy i Żuk II-gi. ..."
- Mama Żuka przegląda zdjęcia. Przesuwają się obrazy. 
 Widzi dwulatka, który spokojnie kontempluje świat wokół, meldując: "... ooo, jaka wieeelka chuja" (chodziło oczywiście o chmurę). O, a tu już zdjęcie komunijne, z dwuletnim braciszkiem za rękę... Taki gapcio mały na zdjęciu... A w rzeczywistości... Nie, nie mówił wiele... CZYNIŁ!...
-"Skąd wzięli się ci dwaj mężczyźni w moim życiu?"
- myśli Mama Ż. 
-"Związani genami...
      każdego dnia kreują swój świat... 
         moi artyści...
              Żuczki moje..."

P.S. "Uspokoiłam" troszkę tło u mnie jesiennie...

niedziela, 22 października 2017

"Loving Vincent" w Maastricht - prawie recenzja

Gdy usłyszałam o niezwykłym filmie o Vincencie Van Goghu, wiedziałam, że muszę to zobaczyć. Okazało się, że po premierze niderlandzkiej, która odbyła się w Muzeum Van Gogha 5-tego października, film wyświetlają tylko w największych miastach i raczej kameralnie, w bardziej studyjnych przybytkach kultury i sztuki. "Upolowawszy" - wybrałyśmy się z Siostrą do Maastricht. To taki Kraków z Wrocławiem po niderlandzku ;-).

"Loving Vincent" to pierwszy w świecie ręcznie malowany film. Pracowało nad nim (przez ponad 6 lat), 125 artystów malujących techniką geniusza impresjonizmu. Powstało 65 000 "klatek" - obrazów, głównie w pracowni animacji w Gdańsku. 
W animacji filmu "biorą również udział", stare zdjęcia i kopie 130 obrazów Van Gogha z jego ostatnich, najbardziej produktywnych lat życia, dokumentacją są również listy Van Gogha do jego brata Thea. Autorami projektu (produkcja i reżyseria) są Dorota Kobiela i Hugh Welchman. Film trwa 95 minut.
Tyle detali "technicznych". 
Wrażenia? Uj... Jeszcze nie potrafię "pozbierać się".
Obrazy Vincenta Van Gogha żyją i wibrują same w sobie. Dodany ruch animacji, gdzie postaci przemieszczają się, rozmawiają, mają mimikę; gdzie wiatr porusza łanami zboża i ugina drzewa; gdzie gwiazdy rozświetlają pulsująco niebo... - to robi niesamowite wrażenie. A do tego fabuła, która opowiada nie tylko o ostatnich latach życia Van Gogha, ale również poddaje w wątpliwość jego samobójstwo. 
Dla mnie to przepiękny obraz w obrazie. Historia genialnego w swym kunszcie, wrażliwego i bardzo samotnego człowieka. 
Maleńki minus dla mnie to brak dubbingu. Nie przepadam za dubbingiem, ale tam pozwalałby mi w 100% rozkoszować się obrazami.
Ale i tak czuję się powalona,
                                     wzniesiona,
                                         natchniona
                                           i zainspirowana ;-))



Oczywiście towarzystwo Reni sprawiło, że niedzielna wycieczka do Maastricht była prawdziwym wydarzeniem w naszym nudnym i pospolitym życiu na obczyźnie ;-)). 


czwartek, 12 października 2017

Sentymentalnie....bo jesień?

 Dla Ultry  tekścik z okazji jesieni.
 Przy okazji wklejam dawno temu malowany obrazek. Tak dla przypomnienia, że jesień jest piękna. Nawet w deszczu.


Tyle pięknych, ciepłych i mądrych słów padło o jesieni
Tyle kolorów
Kropel deszczu jak łzy
Szumów wiatrów co w berka grają z melancholią
Tu trochę bólu w kościach
A tam herbata z miodem i cytryną
Zerkają na siebie czule
Srebro we włosach nie ciąży
Te dwie, może trzy bruzdy wokół ust 
Wygładzają się śmiechem wnucząt
I tak samo ładnie ci z pomarańczą
Z herbacianą różą
Z buraczkami na ostro
Czy pachnącą szarlotką
Ciepły szal otulający twoje ramiona
Utkany jest gęsto z babiego lata
I tak samo ładnie ci z pomidorem
Z papryką
Czy z kieliszkiem nalewki śliwkowej z zeszłego roku...


Przytulam Bywalców jesiennie :-)

niedziela, 1 października 2017

Takie tam... szybki

Pomalowałam następne dwie szybki. Nad każdymi drzwiami w moim mieszkaniu mam bowiem szybkę. A przy drzwiach wejściowych nawet więcej niż jedną.
Dla przypomnienia:

Drzwi wejściowe (zaproszenie)

Szybka łazienkowa wygląda tak:

Ławica rybek :-)

A oto szybka sypialniana:

Księżycycek we wszystkich możliwych odsłonach :-)

Razem:

Ławica płynąca do księżyca...

Zostały jeszcze trzy szybki: pracowniana, salonowa i kuchenna.
Koncepcja i projekty są... w głowie. Realizacja? Być może przed Świętami Bożego Narodzenia....
Że niby przesadzam z "upiększaniem" mojego mieszkania? A co mi tam. Mieszkam sama, żaden terrorysta nie pląta mi się tu z kwaśną miną, a ja otwieram rano oczy i uśmiecham się (o ile nie mam migreny jakiejś...).
No to do następnego razu :-)