środa, 30 grudnia 2015

Stary Rok i Nowy Roczek



Roczysko i Roczek



                                     

                                             Życzę Wam by było ładnie.
                                         I politycznie ma być poprawnie!
                                           LECZ:
                               Poszukać swą dróżkę - wyrzucić obróżkę
                                  Spełniać marzenia - notować wrażenia,
                                             A gdy zmierznie wszystko,
                                                       Rozpalić ognisko
                                                      I do ognia wrzucić
                                                      To co może smucić
                                       Pokochać kłopoty - ileż to roboty?
                                Pokochać bliźniego - no bo jak bez niego?
                              Bo nawet jak trudno - nie może być smutno!
                                               Życzę Wam by było ładnie. 
                                        Nawet gdy całkiem niepoprawnie....
                                                            :-)))



środa, 23 grudnia 2015

Świątecznie


 


             Naprawdę szczerze. I wszystkim bez wyjątku :-)

A teraz idę do garów. Robimy sobie bowiem razem z Siostrą
takie małe, pachnące Polską Święta.
Ściskam wszystkich bardzo serdecznie. Pa !

środa, 16 grudnia 2015

C. d.: "Pół roku po wojnie"

Moje nowe lokum było nie tylko małe ale też brudne i zaniedbane. Poprzedni lokator wylądował w domu opieki z alzheimerem w kieszeni. Przez około 10 lat nie było tam nic robione. [W mieszkaniu - nie w kieszeni :-)]
Nie doszło do spokojnego wypicia herbaty.... Wojna na szpachle i ściery trwała. Zmieniła się lokalizacja i pakiet osób biorących udział....
Osoby:
- podstawowa ekipa remontowa: Michael i jego Koleś
- podstawowa ekipa czyszcząca ze spółdzielni: Pan X i Pan Y
- wspomagająca ekipa remontowa: Przyjaciel Marinus i jego  
   Autko oraz ja
- wspomagająca ekipa  czyszcząca: Siostra oraz ja.

W związku z tym, że mój dobytek musiał się zmieścić na nowym, zapewniając jednocześnie możliwość odtłuszczania, odnikotynowania, malowania i.t.p.- na pierwszy ogień wojenny poszła sypialnia, gdzie były składowane paczki, drobne meble i szafa w częściach. A więc ścisk.
Akcja szybko przeniosła się do salonu. Pomarańczowy sufit został pięknie zamalowany. Michael wycinał hołupce na dwóch swoich drabinach. Panowie X i Y czyścili okna, ramy i szafki w kuchni. Koleś naprawiał kafle w podłodze. Wszystko wydawało się być pod kontrolą.....



remont

Gdy przywieźli mi prosto ze sklepu moje nowe łóżko....
Gdzie je wstawić? Oczywiście do sypialni. Póki co - pionowo, a później się zobaczy. 
Późnym popołudniem, gdy ekipy czyszcząca i wspomagające zakończyły swoją "dniówkę", stwierdziłam, że muszę mieć jakieś miejsce do spania. Na Dmuchańca nie było szans. Więc postanowiłam zmontować samodzielnie moje nowe łóżko. W sypialni oczywiście. Udało mi się wygospodarować miejsce na mój "spring materac". Biorę się za niego, gdy słyszę za plecami charakterystyczny dla rozwalających się desek odgłos. To była moja szafa w częściach. Nagle poczułam się szczupła i płaska, bowiem "wsysłam się" w miękką część łóżka. Jednocześnie uginając nogę i trafiając nią na krzesło - zablokowałam walące się na mnie deski....



prawie spłaszczona...


Serce mi się też zablokowało na chwilę. Noga zaczęła cierpnąć. Ale ja zawzięłam się. Nie, nie zawołam o pomoc. Wysunęłam się szybko z potrzasku, pozwalając "szafie" zająć miejsce mojej głowy... Przykucnęłam na jakiejś paczce, złapałam oddech, pomyślałam i..... złożyłam moje łóżko!
Chłopaki pracowali obok w milczeniu, umilając sobie pracę skoczną muzyczką z radyjka.....
Tej nocy spałam w moim, coraz bardziej ładnym gniazdku, na nowym łóżku. .....Wciśniętym w małą lukę pomiędzy.... wszystko inne.
Przyszedł dzień następny remontów. Gniazdko zaczęło wyglądać. Przywieźli moje nowe-stare biurko. Stanęło w przedpokoju. Póki co. Z sypialni "wyszły" szafki łazienkowe i te do mojej norki-pracowni. Zostały paczki, paki, biblioteka, komoda i jakieś szafki do powieszenia.....no i oczywiście moja szafa "w proszku"..... W domu tylko ja i Michael. Koleś wybył, bo czegoś mu brakło. Michael zajęty precyzyjną robotą: rurki, ramy okienne, drzwi. Dwukrotnie.
Więc ja myślę sobie: złożyłam sama łóżko, poprzeciągałam sama wieczorową porą różne szafki - co to dla mnie jedna szafa.
  Zrobiłam sobie miejsce pod szafę, wiertarka-wkrętarka w dłoń - i do roboty. 
Zapewniam Was: nie da się jednoosobowo złożyć trzydrzwiowej szafy, robionej w czasach, gdy meble wykonywane były z drewna....Efekt mojego "chcenia" był prawie tragiczny.....Byłam już prawie, prawie.....Poległam na "dachu" szafy z gzymsem.


...śmierć mam w oczach....


Moje zduszone wysiłkiem: "help me" - nie odniosło sukcesu.
Wrzasnęłam więc: Michaaaeeeel!!!!!!
Przyszedł. Nie wiem dlaczego najpierw obśmiał się jak norka. Docenił jednak powagę sytuacji i w pięć minut wszystko było na swoim miejscu. Mogłam już spokojnie dośróbkowywać. 

A oto wyżej wspomniana szafa aktualnie. Zaznaczam, że drzwi montowałam samodzielnie, gdy już wszystkie ekipy wyniosły się z mojego gniazdka.






Wyobraźcie sobie, że ja, kobieta z przeszłością i po przejściach, "zmieściłam się" w skromnej, trzydrzwiowej szafie.....



w/wsp. łózko


biblioteczka wpasowana we wnękę niepotrzebnych drzwi

A teraz mogę nareszcie pić spokojnie herbatę w "moim pokoju nad światem". :-))))

P.S. A ręcę zaczęły mnie boleć dopiero po dwóch miesiącach.
        Adrenalina, "cyco"?



                                                                                            

wtorek, 15 grudnia 2015

Pół roku po wojnie

Remont kuchni u Nitagera był inspiracją do tej notki. Tyle, że chodzi tu o przeprowadzkę, którą przeżyłam jakieś pół roku temu. I że ja przeżyłam, i że ja mam się dobrze - to dziwię się właśnie niezmiernie.
To była decyzja niejako wymuszona przez sytuację, w której  znalazłam się po rozwodzie. Ale nie będę się teraz nad tym rozwodzić....:-)
Problem "fizyczny" przeprowadzki był w tym, że przenosiłam się z dużego apartamentu na malutki, (i bez piwnicy!!!).
Pierwszym trudnym zadaniem była likwidacja mojego ogródka na dachu i sprowadzenie go do wymiarów pierwotnego balkonu 2 x 4. Nakaz mojej Spółdzielni, do której należę. Przy tej okazji poznałam moją późniejszą ekipę remontową. 
Dalej poszły "pod nóż" antyki. Zostawiłam sobie tylko stół owalny na łapie z krzesłami, i gadającą komodę, (z przed epoki D. Szaroburego). Dalej segregacja zawartości mebli. Bez sentymentów wyniosłam około 10 czarnych worów! Brzmi dobrze? Nie, to był horror. Wszędzie pełno klamotów. I ta piwnica.... Wielokrotnie opadały mi ręce poza kolana.... Bowiem 18 maja miałam oddać klucze od pustego, jasnego, (musiałam zamalować niebiesko-terakotowe ściany i akwarium w łazience na biało), i czystego mieszkania.... A był już 10-ty....
Więc malowałam, sprzątałam, walczyłam z exem, który ciągle przyłaził, tyranizował i "się rozliczał" z włości... Wieczorem usypiałam skonana na materacu dmuchanym otoczona paczkami.... Tak właściwie to było śmiesznie....
Przyszedł ten dzień. Po ostatnich "pracach kopalnianych i ziemnych" usiadłam na kuble farby białej emulsyjnej, w oczekiwaniu na Pana Odbiorcę.

Pusto wszędzie, cicho wszędzie i tylko ten kubeł..



Ogarnął mnie jakiś smętek niezrozumiały..... a może, zwyczajnie zmęczenie.... Wzrok zawisł, kolczyki zwisały, biust opadł na brzuch....
W tym momencie wszedł P. Odbiorca, przywitał się, spojrzał, pozaglądał i stwierdził:
 > knap gedaan <. Powiedział komplement chyba tylko ze względu na moją sfrustrowaną minę. I przyjął. Ufffff.
Teraz do roboty marsz!!! No tak, jakbym nic innego nie robiła, tylko wylegiwała się na tym materacu.
No i tu się dopiero zaczęło! Ale to już było inaczej. To było moje nowe i całkiem inne miejsce na ziemi.
Wiedziałam, że zamknęłam pewien etap w moim życiu.
Więc spokojnie rozpakowałam mój kultowy garnuszek do herbaty....





Ciąg dalszy, [mrożący krew w żyłach :-)] nastąpi :-)



sobota, 28 listopada 2015

Ania

Ostatni z serii: "pokolenieponas".
Jest to moja chronologia, więc zależna od czynników "wewnętrznych"....:-)





Załóż dziś ten Twój uśmiech
Włóż różowe okulary
Schowane za kotarą tamtej sceny
I choć maleńkie skrzydełka
U ramion rozwiń....
Świat pełen masek jest....










Nasza Ania. Córka mojej Siostry. Urodziła się gdy miałam lat 14, więc może dlatego nigdy nie byłam: Ciocią, ciotką, czy czymś w tym rodzaju :-).
Kolejna artystka w naszej rodzinie, / druga po mnie :-)))/. Ukończyła ponad 10 lat temu Akademię Śtuk w Berlinie na wydziale scenografii teatralnej, (po niemiecku!!!!).
 Do dziś mieszka i tworzy w Berlinie. 

piątek, 13 listopada 2015

Justynka z Krainy Czerwonego Smoka

Czyli czwarty z czterech.


Dodaj napis


Zostawiłaś za ciasne buty
W Tamtej sieni.
Wyszłaś boso na plażę,
W Twych włosach słońce się mieni,
Łapiesz wiatr.....











Justynka, Przyjaciółka Jareczka. Wrażliwa, ambitna, ciepła.
Od niedawna w naszej Rodzince.
A że "Czerwony Smok"? Zainteresowani wiedzą o co chodzi...:-)

A będzie jeszcze portret piąty, (piąty z czterech?...), który w zasadzie chronologicznie powinien być pierwszym, jako "pokolenieponas". Ale rączki muszą odpocząć i natchnienie zapukać natarczywie.....


czwartek, 5 listopada 2015

To był sen (czyli trzeci z czterech)

A było tak:

W Żukowinie nastała ciemność. Było cicho, spokojnie, wcale nie strasznie. Mama Żuka leżała na swoim posłaniu i myślała o Żuku, którego znowu wyniosło na Oekrainę daleką i dawno nie miała żadnych wieści.
W pewnym momencie, tuż nad jej głową otwarła się Świetlista Dziura, w której ukazała się głowa Żuka.
- Hej, hej, Mamo Żuka, jestem tu i mam dla ciebie fajne ręce! - wołał radośnie Żuk i zaczął w pulsującej światłem Dziurze, prezentować ręce w różnych pozycjach.
- Wiesz - kontynuował Żuk - możesz sobie spokojnie wybierać,
ja zostawiłem sobie parkę zapasową. Czasem muszę mieć do drugiej kamery.
Ręce w Dziurze "pływały" i wdzięczyły się wokół twarzy Żuka.
Światło w Dziurze trochę irytowało. Ale Mama Żuka była zadowolona. Dobrze znała te radosne ogniki w oczach Żuka. Te figlarne świetliki, które oznaczały twórczą energię i otwarte serce. >No dobrze - pomyślała Mama Żuka - fajnie mieć takie duże i zdrowe ręce....ale one takie wielkie i na pewno ciężkie....jak sobie poradzę?< 

Obudziłam się. Ręce miałam "ciężkie" i pulsujące.....



Mateusz, syn młodszy (32), mężczyzna Ady. Fotograf, "camera man",  związany ściśle z teatrem, kulturą i naturą. Posiadacz również wielu innych pasji...

środa, 4 listopada 2015

Pingwin.

                      Jesienny spacer.
                                                             (podtytuł)

Przyjaciel M. wywiózł mnie do lasu..... No, za miasto w każdym razie. Było cudnie. Spokój, cisza, jesienne słońce. Chłonęłam ciepło południowego słońca, zapach jesieni; wsłuchiwałam się w niezaburzone cywilizacją odgłosy natury. 

Dróżka do jeziora


I zaczęło się jezioro



Z drugiej strony

Z trzeciej strony......


Czy widać ptaszka na środku zapory rybnej?


Tam naprawdę stoi pingwin...

Dochodzimy do punktu wyjścia.

Na ostatnim zdjęciu mamy jeszcze około pół kilometra do parkingu. Ogółem wędrowaliśmy jakieś 5 kilometrów, rozkoszując się kolorami jesieni, słońcem, ciszą, (tylko kaczki nas wyśmiewały co kilka metrów). No i na koniec ten pingwin...
On był tam naprawdę. Siedział nieruchomo, na z góry upatrzonej pozycji, wpatrując się w wodę....

sobota, 24 października 2015

Przerywnik jesienny




Jesienne Nastroje i Jesienne Motywy opanowały tak real, jak i świat wirtualny :-). Przyłączam się więc do tego jesiennego szaleństwa. Bo nawet gdy czasem bywa smętnie, depresyjnie czy boleśnie, to "orgia barw" jest niepowtarzalna, a melancholia twórcza i inspirująca. Często też analizujemy sobie, wspominamy, ale też planujemy, mówiąc: >gdy przyjdzie wiosna...<, lub: >byle do wiosny<...
Często nie lubię jesieni. Może dlatego, że jestem "krówka-majówka" i wiosną budzę się do życia. Ale gdy patrzę przez okno na te barwy osnute melancholią, to......słowa wszystkie cichną i tylko obrazy..... Zobaczcie sami. 



 

Drzewo przed moim balkonem. Ucichli śpiewacy, a pod drzewem dwa jeże widziałam....






To samo drzewo przez szybę z mojego "salonu" oglądane.




W kącie mojego balkonu.




Z drugiej strony mego gniazdka - z tarasu od wejścia, strona lewa.





Z tarasu od wejścia, strona prawa.


I na koniec obrazek, który już prezentowałam ale wracam do niego o tej porze roku.




Już nawet nie wiem u kogo jest ten obrazek i gdzie. Pewno gdzieś w Holendrowni. Skan ze złego zdjęcia zrobiony, ale mam nadzieję, że oddaje nastrój jesieni ze "zważonym" porankim....
Oczywiście "szpachelkowo".

Cieszmy się więc tym co daje nam Pani Jesień, choć czasem serwuje nam Kropelkowo.



czwartek, 15 października 2015

Walijska impresja na temat Jareczka.

Czyli Drugi z czterech.
Portret z opowiadaniem. Przedstawia mojego Pierworodnego, (39 lat), który jest kolejnym artystą w naszej rodzinie. 


Jareczek



Budujesz nowy dom
Pod tamtymi chmurami
Będzie miał mocne mury
Z czerwonymi cegłami
I będziesz pisać pięknie
I będziesz rzeźbić wielu
I wykreujesz nowe
Idąc zawsze do celu....







Bardzo tęsknię każdego dnia za tym chłopcem, który stał się mężczyzną tak szybko....

    P.S. Z innej beczki w tym akapicie. Pożalę się tu trochę...
Podłamuje mnie jesienna problematyka. O tej porze roku moje biedne ręce odmawiają współpracy.... Nie tylko bolą. Do ciągłego, "strawnego" bólu można się przyzwyczaić. Ale one cierpną, trzęsą się, momentami czucie w palcach jest minimalne. Wypadają przedmioty z rąk. Nawet pędzel.... Brak precyzji i niemoc powodują ciągły niedosyt. Malowanie trwa i trwa, powoduje zmęczenie i poczucie starości... Czuje się stara
o tej porze roku.

niedziela, 4 października 2015

Pierwszy z czterech

To była katastrofa....
Przerwa w kontakcie ze światem spowodowana awarią mojego "lapka".
Ale, ale - oprócz tego, że walczyłam z jesiennym dołem - czas wykorzystałam twórczo :-).
Postanowiłam sportretować moją młodzież. Młodzież jest już dorosła. To jasne.
Ale jak ładnie brzmi.... ta młodzież....
Kolejność czterech portretów jest przypadkowa.
Jako pierwsza "pod pędzel" poszła Ada.

Adriana Świątek


Muza Mateusza. Przyjaciółka, Inspiracja, Delikatna Pani Profesor - "Człowiek Renesansu" - Chyba brakuje mi słów by określić kogoś kto jest piękny duszą i ciałem..... :-)

 

wtorek, 1 września 2015

Szpachelkowe wspomnienie z wakacji


To było upalne lato.
 Wspominam sobie moje wędrówki, spotkania, rozmowy.
Dziś, w Szpachelkowie, z serii: WĘDRÓWKI.


Pauza przy strumieniu w Dolinie Chochołowskiej


Zostawiam z boku żar polany i rozpalonego szlaku.
Zapuszczam się w rześki zapach omszałych kamieni.
Cisza. Nawet leśni śpiewacy mają sjestę.
I tylko jakiś "bzyk" zaplątał się w pobliżu,
I tylko woda szemrze nieśmiało.
Spokój. Relaks. Ulga. 
Tak, teraz mogę iść dalej drogą w pełni słońca :)


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Rocznica !!!

Tak, tak - 18. 08. 2014 - popełniłam pierwszy wpis... 
Jeszcze nie umiałam polskich literek zrobić. Ale, że miałam potrzebę ogromną uwolnić moją zgniecioną i "zakapućkaną" duszę od emocjonalnego terrorysty - wyszłam do Was.
Mój proces odnowy i wracania do "samejsiebie", trwa jeszcze.
Ale dzięki Wam, drodzy zaglądacze, oraz osób mi bliskich, którzy dzielnie stoją przy mnie murem, wracam by żyć pełną gębą :). Poznałam tutaj też (póki co wirtualnie), osoby, ludzi pięknych, którzy inspirują mnie by nie zarzucić ołówka i farb :).
Wdzięczna jestem ogromnie :) więc całuję Was po rączkach, nóżkach i gdzie tylko się da :).

Taki mały "kolaż" wspomnieniowy zamieszczam. Przepraszam za "naćpanie", ale chciałam zamieścić te istotne momenty, które były i które się dzieją. I widzę, że w ciągu tego roku.... oj działo się działo. Piętno wycisnęło, łzę utoczyło, ale i uśmiech i serce otworzyło.....




Odwracam się tyłem do przebytych dróg.
Zaniecham na chwile wspomnień świeżych ślad.
Nie skreślam, odkładam na dolną półkę..
Popatrzę boczkiem na "byłe",
Czy jest w kątku cicho, czy stoi, czy leży,
Niech da mi już spokój....
Ja wolna jestem i nic nie muszę!
Zobowiązuję się się tylko do jednego: do bycia sobą.
Wybieram się żyć.
Na własny koszt, z koszykiem własnych marzeń.
Zabieram w tę podróż wyspy i oazy,
Których nie udało mi się zwiedzić
I kilka nieprzeczytanych książek.
A w koszyku obecne jak zawsze: moje ukochane kolory :)





niedziela, 9 sierpnia 2015

Tylko dla dorosłych....

Tak, tak.... Jako że ciągle jeszcze moja sypialnia jest w fazie "dokańczania", powstał sypialniany obrazek.





Nie wiem kiedy to było,
Nie wiem też kiedy będzie.
Było by miło,
Marzą się puchy, dwa serca, dwa łabędzie...
Chcesz się przytulić, objąć, pocałować,
Już czujesz tę bliskość, ciepło... i co?
                            Idziesz malować..... :)



To tyle na dziś. Do następnego.... :)

czwartek, 6 sierpnia 2015

Co widziałam i co widziało mnie ostatnio



Część ogrodów przy zamku w Arcen

Pierwsza wycieczka była do Arcen. Zamek ze starymi i współczesnymi ekspozycjami. W przepięknym parku, w różnych zaułkach artyści przy pracy: przy sztalugach, rzeźbie, z lalkami w teatrzyku, muzykanci w kawiarni i w różanym parku.
Załapaliśmy się również na pokaz drapieżnych ptaków.


Wejście na dziedziniec, na dziedzińcu i - idziemy do ogrodów





Fragmenty parku, most na drzewie, drapieżca z dziewczyną



Te składanki nie oddają urody miejsca.... To króciutkie migaweczki z tego, co tak bardzo zachwyciło.

Innym razem widziałam rybki.... To było w Antwerpii.

Żółw z nosem, Niebieskie, czerwone i inne.



chaszcze morskie, "ależ ja mam mózg", zamaskowana, z kolcami, płaska i te nad głową pływające.



Antwerpia w deszczu....


Na koniec wizyta w Gaia ZOO w Kerkrade. W upalną (dla odmiany) niedzielę.


Te mnie widziały 100%! Niektóre oczy w oczy, inne ukradkiem....



Pierwszy widzi wszystko....czaple na dachu gniazda wiją, ptak duży się karmi, rogacz się rogaci, zebry idą gęsiego, ten ostatni się rozpędza...



Sjesta u: bobrów, u bliżej niezindetyfikowanych, coś pomiędzy lwem a hipciem, u lewów też sjesta i u hieny. A ten ostatni idzie się zakopać...


To była lakoniczna relacja z trzech wycieczek kulturalno - krajoznawczo - zoologicznych.
Wrażeń tak wiele, że można by wiele..... Starczyło by na niejedno opowiadanie. Ale szkoda mi czasu na siedzenie przy moim lapku....
Idę więc w inne rejony zachwytów :) :)



niedziela, 26 lipca 2015

Żeby nie było, że mnie nie ma......

Jestem obecna, ale....
Ale mam jeszcze wakacje. Wróciłam z wakacji w wakacje... :)
Zbieram inspiracje, których nie mam czasu, póki co, "wymalować", ponieważ bywam tu i ówdzie :) Rozkoszuję się doznawaniem i poznawaniem. Czekają również na realizację: trzecie drzwi do szafy w sypialni, lampa-czytałka nad łóżkiem, obrazki do powieszenia i parę drobiazgów, które opracowane są w głowie detalicznie. Najpoważniejsze jednak w oczekiwaniu są moje zobowiązania, do których przymierzałam się już kilkakrotnie robiąc szkice i wyciągając farby. Tu przepraszam za opieszałość JO i Gordyjkę....
Wyemigrowałam do Niderlandii ze Śląska i Zagłębia, gdzie spędziłam większość mojego "polskiego" życia. Ale urodziłam się w Zakopanym gdzie nie byłam jakieś 20 lat... Myślałam, miałam takie momenty w ostatnich trzech latach, że już nigdy nie zobaczę moich ukochanych gór. Zobaczyłam. Tym razem byłam tam. Przygotowałam się solidnie do tej wizyty. I nie tylko tym, że kupiłam sobie profesjonalne buty do chodzenia i profesjonalne skarpetki do nich. Zebrałam również informacje dotyczące komercyjności Zakopanego i tego co się z nim stało.
Do Krupówek (na Krupówki?) w ogóle nie zeszłam, widząc przez lornetkę z mojej bazy wypadowej (Gubałówka-Ząb) łeb koło łba i ciałka typu sardynki w puszce....
Na Gubałówkę-Jarmark (nie da się tego inaczej ująć), miałam jakieś 2km drogą oficjalną. Z ludźmi i samochodami czasem... Nie, Dagmarka tak nie chce. Dagmarka sama chce i inaczej.
Zeszłam więc do Zakopanego tajemną ścieżką za obejściem państwa Stoch, u których przebywałam, (to nie ci Stochowie..).

Po lewej, za obrazkiem jest ścieżka

Doszłam do ulicy Kościeliskiej i do Muzeum Zakopiańskiej Sztuki Drewnianej. Tam była sobie mapa, z której jasno mi wynikało, że wejdę sobie jakąś ścieżką mało uczęszczaną, trochę z drugiej strony...

muzeum

Ścieżka okazała się w ogóle nie uczęszczana... Najpierw była kamienista, później polna, a później znikła mi w trawie po pas... Na dole był upał jakieś 37 stopni. Na polanie gdzie się znalazłam - na pewno 40. od skwaru i zmęczenia zrobiło mi się niedobrze. I co teraz? Jestem tuż, tuż....tyle, że do celu, (na wyciągnięcie reki), dzieli mnie jakieś ostro zalesione urwisko, takież znajduje się z boku, gdzie po drugiej stronie widzę łażące, kolorowe mrówki. I kolejkę.
Na "mojej" osiągniętej polanie dogotowuję się na miękko. A raczej na "pulpapę". 
I nagle widzę, jest daszek! Przedzieram się przez trawę mając w nosie ostrzeżenia przed kleszczami. Docieram i siadam na pieńku. Życie ratują mi dwie soczyste gruszki i pół kilo czereśni z plecaka. Robię siusiu za słupkiem. Skarpetki profesjonalne suszą się na butach. Ostatnia czereśnia i strategia jest jasna jak to.... w mordę jeża, słońce! Trzeba zejść z powrotem....

ja po "zmartwychwstaniu"

dochodzą

Zeszłam. Doszłam do oficjalnej ścieżki i ..... wjechałam kolejką...Wstyd mi, naprawdę, ale nie miałam siły na następne podejście.

cel osiągnięty, tak czy tak...

Zaliczyłam jeszcze tylko moje dwa kilometry do domu, oraz jeszcze jakiś kilometr do sklepu "ze wszystkim" w Ząbie, bo należało zrewanżować się gospodarzom za poprzedni wieczór...

dotarłam...


Nie jestem wysokogórską kozicą więc wybrałam się dnia trzeciego do Doliny Chochołowskiej, gdzie osiągnęłam schronisko, w którym zaliczyłam flaczki. Dobre były.
Oto kilka zdjęć z trasy.







jamnik wysokogórski plątający się przy schronisku


Dnia czwartego żegnałam się z górami, a one pożegnały mnie "pogodą pod psem"...

to było jeszcze z wieczora , widok z mojego okna








 Zanim doszłam do przystanku to byłam mokra do majtek pomimo kurtki...."za dupę". Ale późnym wieczorem byłam wyschnięta w Katowicach. I szczęśliwa. Tam nastąpiły kolejne "spotkania na szczycie", ale to już inna historia..... :)